WIOLA

Już w okresie narzeczeństwa wiedzieliśmy z mężem, że najprawdopodobniej nie będzie nam dane posiadanie własnego dziecka. A ponieważ bardzo pragnęliśmy zostać rodzicami, wiedzieliśmy również, że pewne rzeczy muszą się zadziać. Decyzja o adopcji przyszła nam naturalnie i była zarazem spontaniczna i dobrze przemyślana.

A potem było wszystko to, co musi być: ośrodek adopcyjny, szkolenie i ogromna ilość dokumentów, których wypełnienie wymagało nie lada wysiłku psychicznego – przecież normalnie pary oczekujące dziecka nie przygotowują się formalnie do tego, żeby być rodzicami, a my musieliśmy udowodnić sobie i całemu światu, że nadajemy się do pełnienia tej roli. Ponieważ byliśmy młodym małżeństwem, chcieliśmy adoptować małe dziecko, aby mogło wzrastać razem z nami, natomiast płeć i wygląd były nam zupełnie obojętne. Pola była pierwszym dzieckiem, które nam zaproponowano, pierwszym, które zobaczyliśmy i pierwszym, które się u nas pojawiło. Wiadomo: każdy chce mieć dziecko piękne, mądre i zdrowe. Nam się trafiło piękne i mądre, niekoniecznie natomiast zdrowe.

Pierwsze spotkanie

Pierwsze spotkanie z Polą nastąpiło na początku grudnia, w szpitalu, a zatem w warunkach mało przyjaznych zarówno dla dziecka, jak i dla rodziców. Kiedy ją zobaczyłam – leżącą samotnie w łóżeczku i bawiącą się smoczkiem, podczas gdy dookoła pełno było łóżeczek z mnóstwem zabawek i mam czuwających nad swoimi pociechami, od razu wiedziałam, że to jest moje dziecko. Nawet diagnoza – marskość wątroby i niepomyślne rokowania nie były w stanie tego zmienić. Już w Wigilię Pola była z nami, wypisana przez lekarza ze słowami: jak przeżyje, to przyjedźcie z nią po Świętach. Ten tydzień zmienił w jej życiu wszystko - otworzyła się, rozluźniła pięści i zaczęła się uśmiechać. Przy kolejnej wizycie w szpitalu profesor zapytał nas, czy to na pewno ta sama dziewczynka. Miłość, bliskość, poczucie bezpieczeństwa zdziałały prawdziwe cuda. Teraz niezależnie od tego, co się wydarzy, to jest moje dziecko.

Początek drogi

Pierwsze dni? Przerażenie ogromne. Niby byliśmy przygotowani – mówię niby, ponieważ kupiliśmy łóżeczko, ubranka i mnóstwo innych rzeczy, ale nagle poczułam potworną bezradność, chyba trochę tak jak rodzice, którzy pierwszy raz przynoszą do domu noworodka. Chociaż wcześniej naczytają się fachowych poradników, to kiedy stają przed takim maluchem, nagle okazuje się, że nie mają pojęcia, co robić. Dla nas ogromną pomocą okazała się taka nieformalna grupa wsparcia, stworzona wraz z innymi rodzicami adopcyjnymi, którzy razem z nami ukończyli kurs. Teraz wiem, jak niesamowicie dużo daje kontakt z kimś, kto wcześniej adoptował dziecko i miał takie same proste, banalne problemy, z którymi jednak wstydzimy się zwrócić do kogoś innego, no bo co ludzie pomyślą? Adoptowali dziecko, a teraz nie wiedzą, która kaszka jest najlepsza? W każdej chwili mogłam wykonać telefon i zapytać o każdy drobiazg. Tak było przez krótki czas – potem już po prostu wiedziałam, czułam, poznałam Polę, każdy jej grymas oraz wydawany przez nią dźwięk. Natomiast powiedzmy sobie szczerze - początki wcale nie są fajne. Jest coś takiego z tyłu głowy przy adopcji, że chciałoby się być rodzicem jak najlepiej postrzeganym przez ludzi z zewnątrz, bo w końcu chcieli dziecko, to niech się teraz realizują. Każdą porażkę, każde nieudane posunięcie odbieramy niezwykle osobiście i zwyczajnie nie dajemy sobie prawa do błędu. Wydaje nam się, że musimy być naj, a tymczasem teraz, będąc już doświadczoną mamą, wiem, że wcale nie na tym rzecz polega.

Drugie dziecko

Nie wyobrażałam sobie, żeby Pola była jedynaczką, może dlatego, że mnie samej zawsze bardzo brakowało rodzeństwa. Dlatego od razu było wiadomo, że adoptujemy przynajmniej jeszcze jedno dziecko. W momencie, gdy dowiedzieliśmy się, że biologiczny, młodszy braciszek Poli trafił do pogotowia opiekuńczego, byliśmy gotowi na jego przyjęcie. Adaś jest wspaniałym, zdrowym i niesamowicie bystrym chłopcem, który z miejsca znakomicie wpasował się do naszego życia.

Adopcja – temat tabu?

Dla moich dzieci sprawy związane z adopcją czy ośrodkiem to coś zupełnie normalnego. Wiedzą, że są dzieci „z brzuszka” oraz „z serduszka”. Od samego początku mówiłam Poli, że jest dzieckiem adoptowanym. Być może wynikało to z tego, że ja sama chciałam nauczyć się o tym mówić, żeby dla mnie samej stało się to tematem oczywistym. Jestem dumna z tego, że mam takie dzieci, jakie mam i że przeszłam przez całą tę drogę do tego, abyśmy stali się rodziną. Moja córka po pierwszym dniu w przedszkolu, kiedy miała zaledwie trzy lata, powiedziała do mnie: mama, wies? Wsystkie, wsystkie inne dzieci są z bzucha, tylko ja jestem z serduska! Więc pytam jej: i co córeczko, smutno ci z tego powodu? A ona na to: absolutnie! Jestem wyjątkowa!

Mam dziecko – i co teraz?

Fakt adoptowania czy bycia adoptowanym nie powinien być powodem do wstydu. Chociaż jest takie przeświadczenie, że adoptować, to znaczy nie móc. Natomiast moja własna, prywatna definicja adopcji brzmi, że adoptowane to kochane i chciane najbardziej na świecie. Tylko rodzice adopcyjni wiedzą, ile trzeba pokonać po drodze przeszkód, żeby dojść do tego momentu, kiedy dziecko jest w domu – chodzi chociażby o samo przyjście do ośrodka i powiedzenie: sami nie możemy, prosimy o pomoc. Trzeba też jasno uświadomić sobie jedno: adopcja uwolni nas z bezdzietności, natomiast nie sprawi, że przestaniemy być ludźmi bezpłodnymi. Ja nigdy nie będę mamą biologiczną, ale o mojej wartości świadczy również to, co robię teraz. Wiem, że nie mogę patrzeć na siebie przez pryzmat kobiety, która kiedyś pod względem biologicznym została zdyskwalifikowana jako mama, chociaż oczywiście pogodzenie się z własną niemocą wymagało dużo czasu i wysiłku.

Katolicki Ośrodek Adopcyjny w Radomiu

Moja córka powiedziała kiedyś: ciocia Ela (Elżbieta Stolarczyk, dyrektor Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Radomiu – przypisek red.) pracuje w takim miejscu, gdzie ludzie przychodzą i robią się szczęśliwi, bo mamy znajdują tu dzieci, a dzieci mamy. Takie infantylne tłumaczenie dziecka, ale w skrócie tak to wygląda: z ośrodka wychodzi się człowiekiem szczęśliwym, bo ma się kogo kochać.

Ostatnio mieliśmy też taką sytuację: pani z przedszkola powiedziała mi, że gdy dzieci rozmawiały o różnych zawodach i o tym, jak ważne są dla całego społeczeństwa funkcje policjanta czy strażaka, mój Adaś wstał i powiedział: To wsystko nic. Co z tego, ze ktoś jest policjantem cy strazakiem. Ja to mam taką ciocię, co szuka dzieciom rodziców i te dzieci potem są szczęśliwe i nie muszą być w domu dziecka!

Nic dodać, nic ująć.

ANETA

Powiedzieć, że decyzja o adopcji była przemyślana, to w naszym przypadku zbyt mało. Ja i mój mąż już będąc na studiach postanowiliśmy, że adoptujemy dziecko niezależnie od tego, jak się rozwinie nasza sytuacja życiowa. Potem była już tylko kwestia realizacji: po upływie kilku lat stwierdziliśmy, że jesteśmy zarówno na tyle dojrzali emocjonalnie, jak i osiągnęliśmy wystarczającą stabilizację zawodową, aby zacząć działać.

Niekoniecznie zdrowe

Nie mieliśmy żadnych preferencji, od samego początku mówiliśmy, że zależy nam po prostu na dziecku - na dziecku, które niekoniecznie musi być zdrowe, bo zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że dzieci trafiające do procedury adopcyjnej mają różnego rodzaju deficyty. Więc w pełni świadomie stwierdziliśmy: niech to nawet będzie niepełnosprawność, ale taka, z którą będziemy w stanie walczyć i poprowadzić dziecko do samodzielnego funkcjonowania. Wiadomo, że każdy chciałby mieć zdrowe, piękne dziecko, najlepiej różowiutkiego bobasa tuż po urodzeniu, tymczasem co z pozostałymi dziećmi? Co z dziećmi, które z powodu pieczątki medycznej w dużym stopniu tracą szansę na znalezienie domu?

Starszego synka adoptowaliśmy, kiedy miał rok i dwa miesiące. Otrzymaliśmy informację, że ma niepełnosprawność ruchową związaną z nierównomiernym rozwojem lewej strony ciała. Ale problem leżał również gdzieś indziej. Niepełnosprawność Kamila, wbrew pozorom, wcale nie była do końca zdiagnozowana. Szukaliśmy powodów jego dolegliwości i zachowań, aż w końcu się dowiedzieliśmy, że nasz starszy syn jest dzieckiem autystycznym. Czy ciężko było to przyjąć? Tak. Czy chociaż przez chwilę żałowaliśmy albo mieliśmy problem z tym, że akurat w tę stronę to poszło? Nie. Kamil fajnie się rozwija, a my robimy wszystko, co możliwe, żeby rozwijał się jeszcze lepiej.

Tak miało być

Na pierwszym spotkaniu z Kamilem stwierdziliśmy, że jest coś takiego jak palec boży, a my dostaliśmy bardzo konkretny, krótki i jasny sygnał. Dziecko, które raczkowało, raczej nie mówiło, tylko gaworzyło, wzięte na ręce przez mojego męża, powiedziało: tato! W tym momencie wiedzieliśmy, że nasz syn po prostu nas wybrał i nic innego nie miało już znaczenia.

Nareszcie w domu

Totalne szaleństwo. Pierwsze dni to poznawanie siebie nawzajem. Wcześniej bardzo intensywnie zbieraliśmy informacje w pogotowiu opiekuńczym, w którym przebywał nasz synek, na temat jego upodobań, gromadziliśmy pomysły, w jaki sposób zagospodarować pierwsze dni, aby zmniejszyć dyskomfort związany z nowym otoczeniem. Chyba nam się udało, ponieważ miałam wrażenie, że zarówno Kamil, jak i nasz drugi synek Jaś początkowo byli tak wszystkim zaaferowani i tak zmęczeni po całym dniu atrakcji, że dopiero po tygodniu zorientowali się, że o rety, chyba coś się zmieniło na dobre... Tylko pierwszej nocy starszy synek był trochę marudny i widać było, że potrzebuje bliskości, więc mąż z uśmiechem zaoferował, że tym razem wyjątkowo odda mu swoje miejsce. Kamil przespał pół nocy wtulony we mnie, uspokajając się, słuchając bicia mojego serca. A później bardzo szybko zaczęło nam się to życie rodzinne układać.

Dzień za dniem

Codzienność z dzieckiem autystycznym na pewno nie jest łatwa. Różni rodzice mają różne marzenia: żeby dziecko świetnie grało na skrzypcach, uprawiało sporty itp. Nasze marzenia i nasze dążenia są trochę inne. Chcielibyśmy, żeby nasz syn był na tyle samodzielny, aby mógł np. wyjść sam na podwórko i pobawić się z kolegami. Czas, który reszta rodziców spędza na rozwijaniu umiejętności czy pasji swojego dziecka, my spędzamy na terapii. Kolejna rzecz: dzieci autystyczne zwykle nie potrafią się same bawić, znaleźć sobie zajęcia, które byłoby kreatywne i rozwojowe, a nie tylko wypełniało czas. Nie możemy iść na łatwiznę, dać dziecku komputer czy smartfon, bo mogłoby w ten sposób spędzić cały dzień. Musimy zadbać o jego „grafik”. Autyzm nie jest chorobą, tylko zaburzeniem, nad którym możemy pracować, a efekty są niesamowite. Wcześniej mieliśmy do czynienia z tak dalece posuniętą nadwrażliwością dotykową, że Kamil nie znosił większości faktur materiałów, więc każde ubieranie się było swoistą walką z dzieckiem. Poza tym pojawiały się słowa, a potem szły w zapomnienie. Obecnie mamy chłopca, które zaczyna się fajnie komunikować, rozwija umiejętność mowy, uczy się zabawy, rozumie większość sytuacji społecznych, pozbył się nadwrażliwości sensorycznych i jest w dużej mierze samodzielny. Jego zaburzenie nie rzuca się w oczy ludziom z zewnątrz. Kamil stopniowo wychodzi spod swojego klosza, pod który kiedyś wpuszczał tylko mnie i męża. Babcie spłynęły łzami, gdy w wieku pięciu lat po raz pierwszy wszedł im na kolana i się przytulił.

Drugie dziecko

Jaś, zdrowiutkie, żywe srebro dołączył do rodziny, gdy Kamil miał sześć lat i był jeszcze w fazie pod tytułem „niekoniecznie są mi do szczęścia potrzebni inni ludzie”. Na początku zdawał się nie zauważać jego obecności, uważał, że tak jak inne dzieci, z którymi miał do czynienia, ten chłopczyk pojawił się, a potem sobie pójdzie. W momencie kiedy okazało się, że czas mija, a Jaś jakoś sobie nie idzie, zaczynał być nim coraz bardziej zaintrygowany. Obecnie mamy dwóch chłopców, którzy są typowymi braćmi: potrafią zarówno dać sobie szturchańca, jak i się przytulić.

Obawy

Były, oczywiście, że były. Pierwsza: czy ten mały człowiek nas zaakceptuje? Poza tym, każdej osobie oczekującej na dziecko, niezależnie, czy jest to dziecko biologiczne, adopcyjne czy powierzone w pieczę zastępczą wydaje się, że ta miłość bezwarunkowa powinna przyjść ot tak, pstryk, od pierwszego wejrzenia. Tymczasem to jak z każdym innym uczuciem: ono stopniowo dojrzewa, umacnia się, trzeba je budować. Kolejna obawa dotyczy ujawnienia dziecku, że zostało adoptowane. Moi synowie jeszcze nie wiedzą. Dla starszego byłoby to teraz pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Natomiast młodszy, zanim do nas trafił, przebywał w dwóch pogotowiach opiekuńczych, przez ponad rok w pewien sposób przechodził z rąk do rąk i chociaż był wtedy niemowlęciem i nie może tego pamiętać, gdzieś głęboko jest w nim zakorzeniona trauma związana ze zmianą i rozstaniem. Bardzo szybko związał się z nami emocjonalnie, jednak podświadomie wciąż się boi, że gdzieś mu znikniemy. Może zostać pod opieką babci, ale w swoim łóżeczku, w swoim domu i ze świadomością, gdzie są rodzice. Jeszcze trzeba ich skontrolować, zadzwonić i sprawdzić, czy są tam, gdzie mieli być i czy na pewno wrócą o czasie... Dlatego z tą rozmową musimy trochę zaczekać.

Natomiast zupełnie nie dotykały nas dywagacje typu: bo wiecie, to jednak nie wiadomo, co oni mają w genach i w ogóle... Ja uważam, że dziecko jest takie, jak je wychowamy. Rodzic, który czeka na narodziny własnej pociechy też nie wie, jaki on czy ona będzie i z tą swoją niewiedzą my się tak bardzo nie różnimy.

Większość naszych znajomych, którzy dowiadują się, że mamy adoptowane dzieci, reaguje słowami: ja was podziwiam. Tymczasem my w żaden sposób nie zasługujemy na podziw z jednego prostego powodu: nasza decyzja jest też w pewnym stopniu decyzją egoistyczną, bo to my dajemy dziecku dom, rodzinę i miłość, ale przecież dziecko odpłaca nam się dokładnie tym samym.

Radomski klub Autyzm HELP

Ze względu na niepełnosprawność starszego dziecka i to, że bardzo długo poruszaliśmy się po omacku, szukając pomocy w różnych miejscach, postanowiliśmy założyć w Radomiu klub rodziców dzieci ze spektrum autyzmu. Był to 17 klub w Polsce działający pod skrzydłami łódzkiej fundacji JiM (Jaś i Małgosia), obecnie jest ich już 23. W Radomiu na stałe należy do niego kilkanaście rodzin. Spotykamy się jako rodzice i przyjaciele, aby się nawzajem wspierać, przecierać szlaki rodzinom po świeżo postawionej diagnozie oraz edukować Radom w kwestii tego, czym jest autyzm oraz że osoby dotknięte tym zaburzeniem są pełnoprawnymi, bardzo wartościowymi członkami społeczeństwa.


Rozmawiała Katarzyna Molenda

Imiona dzieci zostały zmienione